Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Klub Kajakowy Diabliscie-k


Idź do treści

Menu główne:


2000 PASŁĘKA - spływ 1

Spływy kajakowe > Spływy do 2006 roku


Pierwsza wyprawa Pasłęką, Spływ Indywidualny, 16-17.08.2000 r.

Zawsze będę pamiętał ten spływ. Wybrałem się na tą rzekę (o której wówczas nie wiedziałem zbyt wiele) całkiem sam... Do miejscowości Pelnik zawiózł mnie Szuwar swoim Nissanem dzień wcześniej. Kajak jednoosobowy, laminatowy relikt przeszłości do kajakowego polo przywieźliśmy w bagażniku! Cóż to był za widok ... Rozbiłem namiot nad rzeką i poszedłem spać.



Rano, dzień nie zapowiadał się najlepiej. Było ciemno i pochmurno. Ale nie zastanawiałem się zbyt długo. Spakowałem wszystko do kajaka i ślizgiem wjechałem do wody! Pech spotkał mnie zaraz za mostem w Pelniku, czyli po jakichś 50 m tego spływu! Nie zauważyłem ostro zakończonego pala skierowanego w stronę szybko w tym miejscu nadpływającego nurtu tuż pod powierzchnią wody (najpewniej obgryzionego przez jakiegoś wrednego bobra) i tak niefortunnie w niego gwizdnąłem, że zrobiłem na palec dziurę w kajaku. Żeby tego było mało w miejscu, które zupełnie wykluczało dobicie do brzegu! Wartki prąd, strome zbocza. Płynąłem więc dalej z niepokojem patrząc na coraz wyżej podnoszący się poziom wody w kajaku. Na pierwszej przeszkodzie (bobrza tama) wylałem z kajaka dość dużo wody i założyłem prowizoryczny "opatrunek" z solidnej taśmy klejącej. Nie był to najlepszy pomysł. "Opatrunek" wytrzymał bowiem tylko kilka kolejnych drzew po czym zauważyłem, że woda znowu zaczyna się zbierać w środku. Powtarzałem zabieg parę razy licząc, że wreszcie znajdę kawałek przychylnego lądu by załatać uszkodzenie bardziej profesjonalnie. Po jakichś 4-5 godzinach dotarłem do Mostkowa, gdzie na pastwisku przed mostem z lewej strony załatałem wreszcie kajak za pomocą waty szklanej i żywicy. Jak się okazało obok pierwszej dziury pojawiły się dwie inne.
Na szczęście dalej Pasęka nie jest już taka zagracona. Pojedyncze mostki, w zasadzie żadnych przeszkód aż do Kasztanowa. Parę kilometrów przed Kasztanowem zrobiłem popas na lunch i korzystając ze słońca, któe pokazało buziuchnę wielkie suszenie sprzętu.



Czas uciekał nieubłaganie. Ruszyłem w dalszą drogę. Przed wieczorem ok. 18 dotarłem do zapory w Kasztanowie. Zdecydowałem, że płynę dalej. Zaraz za zaporą elektrowni nurt znacznie pszyspieszył. Pojawiły się dość spore kamienie często wystające z rzeki. I znów kajak nie wytrzymał. Usłyszałem charakterystyczny dźwięk pękającego laminatu i zaraz potem ujrzałem wodę zbierającą się w kajaku. I znów mogłem tylko pomarzyć o dobiciu gdziekolwiek. Płynąłem więc zrezygnowany dalej licząc, że znajdę jakieś miejsce na biwak i kolejny remont. Los zupełnie mi nie sprzyjał. Zaczęło padać. Gdy już się zrobiło ciemno i nie widziałem rzeki dobiłem do stromego zbocza brzegu i z niemałym wysiłkiem wtargałem kajak na stromy brzeg. Zapomnałem dodać, że ostatnie metry płynąłem z wodą w kajaku sięgającą niemal górnego pokładu!
Wydobyłem sprzęt z kajaka i rzuciłem go pod drzewem pomiędzy kępami krzaków. Rozgarnąłem krzewy, udeptałem i uprzątnąłem metr kwadratowy powierzchni.
Zrezygnowany stwierdziłem, że wszystko jest mokre! Worek, fakt wodoszczelny, ale był tak zapchany, że zbyt słabo można było go zrolować przy zamknięciu i woda dostała się do suchych rzeczy! Koszmar! Namiot, śpiwór, ciuchy ... wszystko ociekało wodą! A ja nie wiedziałem nawet gdzie jestem. Rozbiłem namiot, ubrałem najbardziej suchą rzecz jaką znalazłem, wlazłem do mokrego śpiwora, wypiłem na tempa 0,5 litra rumu (miałem go aby mieć czym opijać sukces, he) i zasnąłem.

Przebudziłem się zziębnięty trzy, może cztery godziny później. Szarzało już, więc czym prędzej spakowałem ekwipunek i załatałem żywicą kajak.
Ruszyłem w dalszą drogę. Znów drzewa: a to dołem, a to górą ... jedno, może dwa duże żeremia przez które nie wiadomo jak się przedostać. Na szczęście wyszło słońce i zaczęło zdrowo przygrzewać. Dopłynąłem do jakiegoś mostku, gdzie spokojnie mogłem dobić i wyjść na brzeg. Wypakowałem wszystko z kajaka i rozłożyłem do suszenia. Sam też wygrzewałem się na słońcu ładując akumulatory. Próbowałem też podsuszyć telefon komórkowy, który zeszłego dnia całkiem mi zamókł. Ale bezskutecznie.
Zjadłem wreszcie coś ciepłego. Cudem bowiem ocalały zapałki. Po dwóch godzinach wylegiwania się na sońcu spakowałem wszystko do kajaka i ruszyłem w dalszą drogę.
Gdzieś po południu dotarłem w okolice wsi Podągi. To co zobaczyłem .... straciłem cały zapał mocno nadszarpnięty już dnia poprzedniego! Rzeka zniknęła mi z oczu! (muszę kiedyś tam podjechać i zrobić parę fotek). Była tak zarośnięta wierzbą i innym zielskiem, że nie było widać lustra wody. Przywiązałem wiosło wzdłuż kajaka i zaczałem przedzierać się przez gąszcz zielska. Ile tak walczyłem? Godzinę, dwie? Może nawet więcej. Posuwałem się jakieś 1-1,5 km na godzinę. A ile jeszcze tego przede mną? Około 15 zrezygnowałem. Korzystając z kilku metrów lustra wody wciągnąłem kajak po stromym zboczu do góry. Poszedłem do pobliskiej wsi, znalazłem Sołtysa z telefonem i zadzwoniłem do Szuwara. Tak się zakończył mój pierwszy spływ Pasłęką.


WsteczPlayDalej

Powrót do treści | Wróć do menu głównego