Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Klub Kajakowy Diabliscie-k


Idź do treści

Menu główne:


2011 WAŁSZA

Spływy kajakowe > Spływy lat 2011-2012

29.05.2011 r. OTWARCIE SEZONU 2011 roku!

Po trzech przymiarkach udało się wreszcie ruszyć na kajakowy szlak! W ten pieknie zapowiadający się dzień o 10.00 wyjechaliśmy z Morąga: ja, Zuzka i Łukasz (na naszych spływach całkiem świeży) by zmierzyć się z rzeką Wałszą. Towarzyszył nam niezastąpiony w takich sytuacjach Krzysiu Z. zwany Białym w roli kierowcy. Po spokojnej podróży (wszak trzy kajaki na dachu mojej cytryny) około 11.00 wyrzuciliśmy sprzęt nad rzeką zaraz na granicy Pieniężna.

Ruszyliśmy leniwą i niezbyt czystą rzeką w kierunku miasta. Po przepłynięciu może 1 km dopłynęliśmy do elektrowni. Bardzo poważna przenoska z niezbyt życzliwym miejscem do zwodowania nie zniechęciła nas. Ochoczo przenieśliśmy kajaki na żywiej płynący nurt poniżej ogromnej zapory. Z jedynego znanego mi opisu rzeki od tego miejsca miała się rozpocząć prawdziwa kajakarska przygoda!

To co później się działo .... aż pomyśleć strach!
Od razu na wstępie ważna przestroga: nie płyńcie Wałszą o tej porze roku (maj!*). Koryto strasznie wyschło. Wody - co kot napłakał. Zdrowo trzeba było wypatrywać możliwe (czytaj dość głębokie) trasy spłynięcia. NO i te przeszkody! Drzewa w poprzek, ułożone nad nurtem, w nurcie, piętrowo i samotnie ... i te kamienie. Nie było łatwo. Po godzinie z okładem płynięcia okazało się, że przepłynęliśmy jakieś 2,5 km! Tragedia. Cel wyprawy - Pasłęka - oddalał się nie ubłaganie.

Po wypłynięciu z lasu oczekiwałem, że rzeka będzie trochę głębsza i pozbawiona kamieni. Ale niestety. Brzuchy nas już bolały od "brzuszkowania" a ręce od walki z kamienistym dnem ale rzeka nie zmieniała się ani na jotę.

Pogoda się sturlała i zrobiło się mniej przyjemnie. Słonko gdzieś się zawinęło, chmury rozgościły na niebie. Zegar nieubłaganie parł naprzód.Około 16-tej udało nam się osiągnąć Wojnity. I wszystko stało się jasne: płyniemy do Bornit... i kończymy. Bo za Bornitami nie ma już nic .... Pi razy oko (bo zegarek coś mi nawalił) o 17.00 wpłynęliśmy do "portu" w Bornitach. Przy moście powitały nas "malownicze skarpy porośnięte pokrzywami i innym badziewiem", elektryczne pastuchy i wielce zadziwione krowy. Wtaszczyliśmy z niemałym trudem kajaki na górę i zakończyliśmy nasz pierwszy w tym roku spływ. Według wstępnych kalkulacji myślałem, że zrobiliśmy jakieś 15 km...
Wszystko jednak wskazuje na to, że tylko 9,5- 10 km!


Powrót do treści | Wróć do menu głównego